Krystyna Chojnacka

123456789101112

Metryczka:

Imię i nazwisko: Krystyna Chojnacka

miejsce urodzenia: Młotki

wiek w trakcie II Wojny Światowej: od urodzenia do 5 lat

tożsamość – dookreślenie grupy etnicznej: Polska Roma

wędrówka lub tryb osiadły: tryb wędrowny

miejsca schronienia: lasy w okolicach Siedlec, potem mieszkanie w Sławnie i Szczecinku.

Kobieta jako dziecko wraz z rodziną trafiła do warszawskiego getta, później do kolonii w Gęsim Borku koło Siedlec. Wraz z rodziną udało jej się uciec. Do czasu zatrzymania taborów żyła w trybie wędrownym. Potem osiadła w Sławnie, na koniec w Szczecinku.

Zacznijmy od tego jakie były pani losy w trakcie II wojny światowej?
Były bardzo ciężkie. Tyle co pamiętam.. Jak dziecko może pamiętać. Miałam 5 latek. Mieszkałyśmy w Bieszczadach. Ojca jak zabrali na wojnę miał 26 lat. Mama została z trójką dzieci. Dwóch braci i ja byłam najmłodsza. Jak tatusia zabrali miałam roczek. Tata już nie wrócił z wojny. Mama została z nami, to było koło Baligrodu, tam Krosno, Niebieszczany, Stróże. Babcia mieszkała w Baligrodzie. Co mama miała z nami robić, bez żadnych środków do życia. Wróciła do babci, do Baligrodu. Tam stacjonowało wojsko polskie. Dużo nam pomagali. Była tam kuchnia, gotowali zupy, roznosili. Tata już nie żył.
Wiedzieliście, że tata zginął?
Tak. Mama była młoda, 26 lat miała i służył tam taki Cygan w tym wojsku. Jak się dowiedział, że mama z trójką dzieci to zaczął… Pamiętam mnie zawsze brał do kosza, najadłam się tam… Tak pomału zaczął nam pomagać i zaczęli żyć ze sobą.
Tam było bardzo dużo Ukraińców w Bieszczadach. Zaraz po wojnie, jak te ziemie odzyskane, tak się mówiło, taki dobrobyt, zachód.  Jak tych Ukraińców wysiedlili tu na zachód – Biały Bór, Bielica, to te mieszkania po nich zostały puste. U babci też nie było miejsca. W jednym pokoju było nas chyba 10 osób, no bo wujkowie ciotki, babcia. I po tych Ukraińcach dostaliśmy mieszkanko w Cisowcu, zaraz za Baligrodem. Bardzo ładna wioseczka, tam było 13 domów, z tego co pamiętam. Najbardziej to zapamiętałam, dla mnie to było wszystko. W tym czasie nie było prądu, do szkoły trzeba było chodzić 5 kilometrów przez wertepy, przez góry, bo tu tereny górzyste. Mama goniła nas do szkoły. Przed wojną jak miała 12 lat posła na służbę do takiej żydówki paść krowy, bo nie było z czego żyć. Ta Żydówka była tak dobra kobietą, że wysłała mamę do szkoły. Pasła te krowy po szkole, ale rano szła do szkoły i mama przed wojną skończyła podstawówkę. Kiedyś nie było 7 czy 8 klas tylko cztery klasy. To była rzadkość żeby Cyganka przed wojną, takie dziecko… Mama bardzo się chciała uczyć. Bardzo lubiła czytać, mamy to wszyscy po niej. No i my w tym Cisowcu koło Baligrodu mieszkaliśmy parę lat. Do szkoły chodziło się dalej, ale chodziliśmy. I Marian wujek chodził i Tadek i ja. Nie było się nawet w co ubrać, to pamiętam brat przychodził w takich mokrych butach, śniegu po kolana i ja te buty nakładałam i ja w nich szłam do szkoły. A teczki mama szyła z chustki, cztery rogi uszyła, miałam tych parę zeszytów i ołówki. Gdzie tam kto widział kiedyś długopis (śmiech). Później się to wszystko unormowało, już nam tam było bardzo dobrze. Wujek służył w kawalerii, konia mu dali na wojnie jako kawalerzyście i później tego konia sobie zabrał.
Jak się wujek nazywał?
Pawlikowicz. Zmarł już dawno. Oni na Małej Gwdzie mieszkali. Ojczym i wujek po wojnie mogli sobie wybrać najpiękniejszy dom, najlepszy. Wszędzie była taka podłoga, glina, piasek. A ojczym sobie wybrał gdzie były podłogi i wujek tez. Nie wiem po co oni tutaj wrócili. Mama po wojnie zaczęła pisać, zaczęli się szukać po całej Polsce. Tu na ziemiach odzyskanych znaleźli ciotkę Marynię we Gwdzie. Wujek z ojczymem przyjechali tutaj. Zobaczyli, że tu światło jest, że blisko szkoła na miejscu, nie trzeba chodzić poprzez te góry i przy tej lampie, przy nafcie… Tam wszystko wyprzedali (w Cisowcu), a mieli wóz, konia, tylko żyć. Ludzie bardzo się lubili, wszyscy się szanowali, jak rodzina. Mamę bardzo lubili. No i przyjechali tutaj. Boże, a tutaj to była tragedia jeszcze większa niż tam. Tam nie było światła i tu nie było światła. Nie mieliśmy gdzie mieszkać. U ciotki tak samo tyle ludzi w jednym pokoju. Tam po rybołówstwie, po Niemcach była taka rudera bez okien, bez drzwi, bez niczego. Tyle, że dach był i lało się przez niego. Mówili na to fabryka. Musieliśmy się wyprowadzić. I też nie było światła i dalej przy tej lampie. Ja do dzisiaj wspominam te Bieszczady, tam właśnie było miejsce dla nas. Tam był raj. Klepaliśmy dalej biedę. Mama chodziła wróżyła, biedna, bo nie było przecież nigdzie dla niej pracy. Ojciec trochę w tym rybołówstwie się załapał. Mama chodziła po tych Ukraińcach, bo znali się jeszcze z Bieszczad. Z Bielicy, z Białego Boru nam dawali słoniny, to przyniosła co mogła i tak żyliśmy. Potem jak zaczęliśmy dorastać też było ciężko. Ja chyba 5 klas skończyłam. No i już byłam taki podlotek, widzę dzieci poubierane i rzuciłam głupia tę szkołę. Zaczęłam jeździć do PGR-u, bo te traktory przyjeżdżały do buraków… Myślę, a to sobie przynajmniej zarobię na ubranie, do kina będę miała parę groszy. Jak to młoda dziewczyna. Ale po latach zrobiłam wieczorówkę, skończyłam te 7 klas. Podstawówkę skończyłam i przyrzekłam, że moje dzieci też skończą (śmiech). Beata studia skończyła i Adam zawodówkę zrobił. Wydeptywałam ścieżki do tych szkół, ale dopatrzyłam. Mając 16 lat zachorowałam na gruźlicę bardzo ciężko. Szczuplutka byłam, leżałam pół roku w Miastku, wtedy tam był szpital gruźliczy, tam mnie trochę podleczyli. Po pół roku wróciłam do domu . T UW Szczecinku był pan Romanowski, on prowadził sprawy wszystkich wdów, których mężowie poginęli na wojnie. Mama się do niego zwróciła żeby jakoś mi pomóc i wystarał się dla mnie rentę po ojcu. Do sanatorium pojechałam aż za Warszawę. Tam było piękne młodzieżowe sanatorium dla dziewcząt Dziekanów Leśny. Teraz już tego nie ma. Byłam tam 3 miesiące. Pani doktor z tego sanatorium chciała mnie adoptować. Mówiła dziecko nie jedź tam (do domu), co ty tam będziesz robić. Wiedziała, że jestem Cyganeczką. Mówiła, ja cię wezmę do Warszawy, skończysz szkołę, wyjdziesz na ludzi. Nie, ja chcę do mamy. Przyjechałam do tej Gwdy, a tam, o Jezu, brud, smród, no tragedia. Jak skończyłam 16 lat to przyjmowali do Polamu (zakład produkcyjny w Szczecinku) młodzież do pracy i też pan Romanowski mi pomógł. Mama miała dużo znajomości, wszyscy ją lubili. Znała taką panią, Grześkowiak, ona była w wojsku porucznikiem. Kulała, bo miała jedną nogę krótszą i to właściwie była taka moja druga mama. Ona wzięła mnie do siebie. Jak zaczęłam na drugą zmianę robić, jak była już ósma godzina jak się schyliłam, to mi ciurkiem krew leciała z nosa, już nie dawałam rady. Był taki fajny mistrz, znał całą sytuację. Poszedł do tej pani Broni i mów, znajdź jej coś innego, bo to dziecko się tam zamęczy, ona nie nadaje się do takiej pracy. Ja ci znajdę gdzieś w gospodzie, gdzie będziesz miała obiady. Poszłam do takiego baru, dobrze było, wszyscy mnie lubili, miałam obiadki. Podawałam do stołu, za bufet poleciałam… Miałam pełno czekolad, prezentów (śmiech)… I tak aż wyszłam za mąż.
(Opowiada o swoim nieudanym małżeństwie, biedzie, chorobie nieuleczalnej najstarszej córki i jej śmierci. O tym, jak mąż poszedł do więzienia i musiała radzić sobie sama, pracować, utrzymać mieszkanie, dzieci. O rozwodzie, swojej chorobie nowotworowej i tragicznej śmierci syna.)
Czy te przeżycia z czasów wojny wpływają na pani postrzeganie świata? Na to jak Pani sobie teraz radzi w życiu?
(Odpowiada nie na temat)
Wracają czasami wspomnienia z czasów wojny czy raczej Pani do tego nie wraca?
Wracają, te Bieszczady. Tam w tej wioseczce miałam taką swoją kapliczkę. Mieliśmy krowę, chyba 10 kóz. Jeszcze brali krowy na wypas z gór. Tam było bardzo mało ludzi, a dużo pola. Za ten wypas też dostawali pieniądze rodzice. Chłopaki krowy gonili, a ja kozy pasłam (śmiech). Do szkoły jak się chodziło. Jak byłam głodna, jak się wracało ze szkoły to sąsiedzi zawołali, kanapkę, bułeczkę dali. Bardzo miłe wspomnienia. Tak się to życie potoczyło.
Czyli właściwie, mimo że dorastała Pani w czasie wojny, nie wspomina Pani tego traumatycznie, źle?
Ja już nie pamiętam żeby przychodzili banderowcy. Było już spokojnie, bo ich wszystkich wysiedlili tutaj, na te ziemie odzyskane po Niemcach. Tyle, że była bieda. Bardzo ciężko było. Nie było co do garnka włożyć. To co sama wsadziłaś w ziemię, to trzeba było czekać aż to urośnie. Nie było jak dzisiaj, że idziesz i kupujesz co chcesz, na co się stać. Wtedy ani grosza nie było. Mama chodziła wróżyła. Przychodziły dziewczyny, to ona po wioskach biedna chodziła i wróżyła.
Największym lękiem była bieda?
Bieda. Nie było światła, nie było się w co ubrać. Nie było butów. Mama sama szyła jakieś sukieneczki. Później już były tenisówki. Jak się szło do kościoła do Baligrodu to tenisówki się w ręku niosło, w rzece się nogi myło i przed kościołem nakładało się (śmiech). Takie były czasy, była tragedia po wojnie. Tak to życie przeleciało. Teraz człowiek mógłby sobie trochę pożyć, to choroby przytłoczyły i nic nie zrobisz.
Gdyby pani zdrowie pozwalało, to chciałaby pani wrócić jeszcze tam w Bieszczady?
Bardzo chciałabym, ale już nie da rady. Już tam prawie nikogo nie ma. Chociaż pamiętam jak stamtąd przyjechaliśmy na zachód, to stamtąd moja koleżanka potrafiła tu przyjechać mając już 18 lat. Tadka Stefcia też przyjechała, co chodził z nią. One dwie nas tu odwiedziły. Jaka to przyjaźń była, taki kawał drogi. Tadek, brat z Kaśką (jego żoną) byli tam, ale później wrócili, bo nie znaleźli miejsca dla siebie już. Tak to się wszystko potoczyło. Książkę by musiał człowiek napisać żeby to wszystko spamiętać. Pamiętam to co było przedtem, a środek życia już nie bardzo.
USTRZEC PRZED ZAPOMNIENIEM



Projekt dofinansowany przez Fundację im. Róży Luksemburg