Jan Chojnacki

123456789101112

Metryczka:

Imię i nazwisko: Jan Chojnacki

miejsce urodzenia: 22.03.1941 r., Siedlce

wiek w trakcie II Wojny Światowej: od urodzenia do 4 lat

tożsamość – dookreślenie grupy etnicznej: Polska Roma

wędrówka lub tryb osiadły: tryb wędrowny

miejsca schronienia: lasy w okolicach Siedlec, potem mieszkanie w Sławnie i Szczecinku.

Mężczyzna jako dziecko wraz z rodziną trafił do warszawskiego getta, później do kolonii w Gęsim Borku koło Siedlec. Wraz z rodziną udało mu się uciec. Do czasu zatrzymania taborów żył w trybie wędrownym. Potem osiadł w Sławnie, na koniec w Szczecinku.

Jakie były Pani losy w trakcie II wojny światowej?

Krystyna Chojnacka: O Jezus kochany… (płacze) Ja byłam jeszcze dzieckiem.

W którym roku się pani urodziła?

Krystyna Chojnacka: W 40. Byłam młodą dziewczynką jeszcze.

Gdzie się pani urodziła?

Krystyna Chojnacka : Gdzie to… (nie pamięta) Gdzie się urodziłam? (pyta męża)

Jan Chojnacki: Młotki, Siedlce.

Krystyna Chojnacka: Myśmy jeździli po lasach, to gdzie człowiek wiedział.

Jaka była historia pani rodziny w czasie wojny?

Jan Chojnacki: w getcie byliśmy, w Warszawie.

Krystyna Chojnacka: W getcie byliśmy, w Warszawie, a potem nas odwieźli do Gęsiego Borku (kolonia).

Jan Chojnacki: Rok czasu byliśmy tam ( w getcie), więcej, ze 2 lata i wysłali nas do Gęsiego Borku za Siedlcami.

Krystyna Chojnacka: Jechaliśmy z rodziną. rodzice byli, wszystkie dzieci. Niemcy nas prowadzili.

W którym to był roku?

Krystyna Chojnacka: Jak wywieźli nas z Warszawy to chyba w 44. Tam żeśmy byli.

Jan Chojnacki: Sporo, chyba ze 2 lata.

Krystyna Chojnacka: Tam nas więcej było Romów, Żydów i nas tam nazbierali, wszyscy tam byliśmy razem. No i jak to Niemcy. Kto im się nie podobał to wybijali. Wujek mój, taty brat rodzony, to młode małżeństwo było. Jak tych Żydów wywieźli zostały łóżka, nieśli je do takiej szopy i tam poszedł ten wujek, chciał sobie wziąć to łóżko, jak tam leży wyrzucone. Zastrzelili go i tyle. Niemcy najechali akurat. Tatuś patrzył i wujek jak go zastrzelili. Nie pamiętam, ale sporo tam byliśmy. Żydy byli i my. Dużo też Romów naszych było i byli niemieccy Cyganie, Sinti. Jeden nas uratował. Też był Cyganem, ale niemieckim, ich tam nie ruszali. Oni przyjechali dużymi samochodami, wszystkich Żydów pozabierali i nas tak samo.

Jan Chojnacki: Już nie wracali. Mówili, że na roboty…

Krystyna Chojnacka: Przyjechali, wszystkich Żydów wywieźli, tam taki duży plac był, właśnie tam gdzie wujka zabili, las… (płacze). Muszę sobie przypomnieć…

Jan Chojnacki: mieli też nas wywieźć, wszystkich powybijać, ale ten Niemiec ostrzegł, mówił uciekajcie. On tam pracował.

Krystyna Chojnacka: Bo z początku nas wzięli wszystkich, z tymi Żydami razem, ale przyjechali samochodem Niemcy z tymi wyższymi stanowiskami i powiedzieli „Cygojny, wek!”. Z powrotem żeby iść do tych baraków, bo tak by nas też zabrali. Całe szczęście, może Bóg ich tak nasłał. Wszyscy uciekliśmy, a oni tych Żydów zabrali.

Jan Chojnacki: Potem uciekliśmy stamtąd. Późno było, on był na warcie ten niemiecki Cygan i powiedział nam kiedy mamy uciekać. Wtedy siatkę przecięliśmy i uciekliśmy do lasu i w lasach się chowaliśmy.

Krystyna Chojnacka: Bo to było między lasem to całe ogrodzenie. To stoi jeszcze do tej pory tam. Syn tam był, wziął dziennikarzy i pokazał gdzie ten wujek był zabity. Mam tego wujka u siebie na zdjęciu, na portrecie. Każdy sobie uciekał wtedy. Te poduszeczki, to wszystko co tam było to na plecy brali rodzinami i uciekliśmy do tego lasu.

Wszyscy razem czy dzieliliście się?

Jan Chojnacki: Całe rodziny. Romowie wszyscy razem uciekali.

Krystyna Chojnacka: bracia, siostry, dzieci które były żonate już, wszyscy razem. Takim sposobem się uratowaliśmy.

Jan Chojnacki: Po lasach się włóczyliśmy, aż Rusek wszedł i wyzwolił. A tak cały czas ukrywaliśmy się. Na zimę gospodarze nas przyjmowali, Polacy. W stodołach spaliśmy, chleba dawali. Ukrywaliśmy się cały czas.

Krystyna Chojnacka: Partyzantka też nas ratowała. Było dużo partyzantów, a nawet niektóre młode chłopaki (Romowie) do partyzantki poszły. Razem walczyli, dołączyli się. Żon nie mieli, dzieci nie było, a młode chłopaki kawalery, szły do partyzantki ratować rodziny swoje. Wiedzieli, że pomagają partyzanci i oni poszli. I wróciło wielu też, jakoś się tam ratowali każdy sobie. Włóczyliśmy się po lasach, a zima jak była to żeśmy u gospodarzy byli.

Jak sobie radziliście z jedzeniem?

Jan Chojnacki: Ludzie ratowali, gospodarze.

Krystyna Chojnacka: W wojnę to ludzie byli dobrzy, przyjemni. Nie tak jak teraz. Kiedys gospodarze byli całkiem inni. Wiedzieli, że to wojna, a my nie mamy gospodarstwa, nic nie mamy to pomagali nam. Jakoś tak przezywaliśmy tę wojnę.

A po wojnie?

Jan Chojnacki: Po wojnie my cały czas byliśmy w centrali, Lublin, Siedlce. I to tak zostało po wojnie, że jeździliśmy tylko po lasach. Rodziny się odnalazły…

Krystyna Chojnacka: Niektóre rodziny nie zostały stracone to się spotkali, płakali wszyscy. Dużo powybijali, ale ci co się znaleźli, bracia…

Jan Chojnacki: Po wodę jeden poszedł do pompy, wodę pompował. Niemcy nadjechali akurat, wraz zastrzelili, na miejscu.

Krystyna Chojnacka: Oni się nie litowali na Romów, ani na nikogo. To tylko dlatego, że nas ten Niemiec cygański uratował. Dzięki niemu, bo i tak mieli przyjechać pozabierać nas wszystkich do samochodu.

 Wszyscy Romowie wtedy uciekli czy ktoś został?

Krystyna Chojnacka: Wszyscy, a było nas tam dużo. Tatuś mówił, że dużo. Takie baraki były. Rodziny były, znajomi, dzieci małe. Teraz mam 81 lat już, no to ile miałam lat. Dziecko małe było. Dziękować Bogu, że się przeżyło. Bozia jeszcze nas zostawiła tu, żebyśmy żyli.

Wy znaliście się od dzieciństwa? Zostaliście na zawsze razem.

Krystyna Chojnacka: Tak, od dzieciństwa.

 Jan Chojnacki: Razem się chowaliśmy. Ile tam ona miała, może ze ¾ lata to zakochała się we mnie (śmiech).

Krystyna Chojnacka: (śmiech) człowiek tam wiedział co to kochanie znaczy. Tyle że się bawił razem. Jego tatuś, razem wszyscy byli na miejscu.

Te ciężkie doświadczenia pewnie was połączyły.

Jan Chojnacki: Tak, wszystko razem przeżyliśmy. Cały czas razem byliśmy, wszystko przechodziliśmy razem.

Krystyna Chojnacka: Taty bracia poginęli. Dwóch braci zostało, wszystkich powybijali.

Jan Chojnacki: Ojca przecież zabili.

Krystyna Chojnacka: Z sześciu braci tylko dwóch zostało. Siostry były, wszystkich wybili, poginęli. Jedna siostra została za Warszawą, tatuś ją odnalazł po wojnie. Przyjeżdżała do tatusia, ona tylko przeżyła i mój tatuś.  Myśmy już byli żonaci.

Jak się znaleźliście w Sławnie?

Krystyna Chojnacka: Człowiek tak jeździł po lasach i tu się znaleźliśmy na tym zachodzie dzikim. Później tu się przeprowadziliśmy i tyle. Potem bracia rodzeni, wszyscy się tu osiedlili ( w Szczecinku), bo tak żeśmy w Sławnie mieszkali. Myśmy byli gdzie indziej, tylko jego matka (męża) przyjechała po nas, zabrała nas do Sławna. Jak przyjechała to troje dzieci miałam, najstarsza córeczka była malutka, w pieluszkach. I dwóch synów. A później już tutaj urodziłam jeszcze troje dzieci. Trzech synów i trzy córki mam.

Potem ze Sławna do Szczecinka?

Krystyna Chojnacka: Tu bracia mieszkali.

Jan Chojnacki: Syn się wybudował, założył Związek (Związek Romów Polskich). Myśmy się tu przeprowadzili, umówiliśmy się żeby tu razem być.

Krystyna Chojnacka: Ale myśmy tu pierwsi mieszkali, syn przyjechał tu do nas.

Jan Chojnacki: Nie chciał nas zostawić.

Krystyna Chojnacka: Wybudował się i tyle lat już jest z nami. Najstarszy gdzie indziej mieszka, średni tez jest tutaj w Szczecinku.

Jak wspominacie taborowe wędrówki?

Krystyna Chojnacka: Jak żeśmy jeździli po lasach to ja już 3 dzieci miałam. Gdzie popadło to się stawało w lesie. Jeździliśmy z jednego lasu do drugiego. Przeważnie tam w centrali byliśmy w lasach, koło Siedlec, Garwolin, blisko Warszawy. Tam ludzie nas znali, rolnicy.

Do którego roku taborowaliście? Do zatrzymania taborów?

Jan Chojnacki: Tak, aż Gomułka zakazał.

Krystyna Chojnacka: Jeździło się, cieszył się człowiek. Wszystko było dobrze w rodzinie, bo to po wojnie. Każdy się szanował. Z obcymi się szanowali, nie tak jak teraz, że się rodziny nie szanują. Jak u Polaków, tak i u Romów po wojnie się wszyscy szanowali.

Nie było dyskryminacji?

Krystyna Chojnacka: A skąd, nie było nic. Jak przyjechaliśmy do wioski, w niedzielę ludzie do nas przychodzili rolnicy. Ognisko się paliło, słuchali naszej muzyki. Nasze chłopaki byli muzykanty, to grali. Bart, mój tatuś i inni na skrzypcach, na harmonii grali. Niektórzy tańcowali, wesoło było. Po wojnie to już było wesoło, ale w wojnę było cierpienie i więcej nic, jak to wojna. I ginięcie ludzi. Ten zginął, ten zginął…  Mamy taka duża rodzina była, to został tylko jeden brat i jedna siostra. Nie patrzyli, znaleźli to zaraz wybijali. Niemcy trochę się bali przychodzić do lasów, bo partyzantka była. Tłukli ich zaraz.

Taborowe życie wspominacie dobrze. Tęsknicie czasami?

Krystyna Chojnacka: Tak, pewno, że tęsknimy. Z początku nie mogliśmy się przyzwyczaić.

Jan Chojnacki: Romowie rozchodzili się to płakali, że im zabronili.

Krystyna Chojnacka: Moja rodzina mieszkała w Żelechowie, jak dowiedzieli się, że nie wolno wyjeżdżać, to spotkali się i płakali, siedli na trawie i płakali. A wilka do lasu zawsze ciągnie. Tak i nas. Nam też było przykro, że już nie wolno nam.

Gdzie się wtedy zatrzymaliście?

Jan Chojnacki: W Łosicach, a z Łosic matka zabrała nas do Sławna.

Krystyna Chojnacka: Jeszcze mąż kupił konia, bo mieliśmy ujeżdżać po lasach. Bryczkę fajną kupił. I sprzedał, zabronili jeździć i tyle. Niektórzy Cyganie wyjeżdżali, to milicja ich zabierała, wyganiała powrotem. Nic nie robili, ale mówili z powrotem wracać tam, gdzie mieszkaliście. Ale jednak później mówiłam, dziękować temu Gomułce, że dobrze zrobił. Bo jeździł człowiek od lasu do lasu, ni domu ni chałupy. Na zimę trzeba było szukać. Później już każdy miał swoje mieszkanie. Nawet dobrze Gomułka dla Romów zrobił dlatego, że powiedział żeby do szkoły chodziły dzieci, podawał mieszkania. Niektórzy mieli takie do niczego te mieszkania to mówił żeby podawać Romom dobre, ładne mieszkania. Ubrania, kazali żeby dzieci ubrać do szkoły. Teczki, książki, żeby wszystko było darmowe. Pomagał, on był dobry człowiek. Jakieś zapłaty, pisaliśmy, to umorzyli nam ile razy.

Wspominacie jeszcze czasami wojnę czy już o tym nie myślicie?

Krystyna Chojnacka: Niespecjalnie. Nie mówimy już o wojnie.

Jan Chojnacki: Teraz ci starsi ludzie to prawie powymierali. Nie gadają tak teraz.

Mąż miał trzech braci starszych , to tylko on został jeden, a dwóch zmarło. Matka zmarła później. Ojciec był w Treblince.

Tam zginął?

Jan Chojnacki: Wrócił, ale parę dni pożył. Płuca miał odbite i zmarł.

Jak mu się udało wrócić? Uciekł?

Jan Chojnacki: Uciekł. Dwóch ich uciekło. Z tamtym nie wiadomo co, czy nie postrzelili go tam.

A mama?

Krystyna Chojnacka: Mama żyła długo, za mąż już nigdy nie wyszła. Młoda kobieta była, małe dzieci były. Powiedziała, że na jego miejsce już drugiego nie będzie. Była porządna kobieta. W sławnie zmarła. Nawet z nami mieszkała, bo mąż był najmłodszym synem.

Czyli nie wspominacie już za bardzo wojny? Nie rozmawiacie o tym co przeżyliście?

Krystyna Chojnacka: Jak się zejdzie ci starsi ludzie, to sobie przypominają, jak to było. Płaczą. Rodziny poginęły, bracia, siostry, nie ma nikogo.

Wtedy powracają wspomnienia?

Krystyna Chojnacka: Tak.

Jan Chojnacki: Kiedyś była jedność między Romami. Szanowali jeden drugiego, a dzisiaj nie ci ludzie są.

Krystyna Chojnacka: Jak między Polskimi ludźmi, tak między Romami. Kiedyś, stało nas 5,7,10 namiotów. Która matka pierwsza ugotowała jedzenie, bo gotowali w dużych garach, to miskę wzięli i dzieciom dali żeby nie były głodne. Dzielili się wszystkim. Dbali o siebie, jeden z drugim. Szanowali się, a teraz… Człowiek nie może się z tym pogodzić, żeby taka była nienawiść. Jaka teraz jest nienawiść między Romami, to jest nie do pomyślenia co się stało.

Jan Chojnacki:  Starzy Romowie powymierali, a młodzież między sobą… (wzdycha z rezygnacją).

Może to właśnie dlatego, że nie przeżyli wojny, nie wiedzą jak to jest.

Jan Chojnacki:  Właśnie, nie wiedzą co to jest.

Krystyna Chojnacka: Ale słyszeli od rodziców, bo rodzice opowiadali, o takich rzeczach się mówiło. W lesie jak z namiotami jeszcze jeździliśmy, czy później jak nas Gomułka osiedlił to schodzili się, rozmawiali ze sobą, przypominali sobie te czasy. Ci starsi ludzie płakali zaraz.

Jan Chojnacki: Jak taborami jeździliśmy, to wszystko dobrze było i ta młodzież była posłuszna. Jak ojciec powiedział, to były święte słowa. Tylko to osiedlenie popsuło całkiem wszystko. Zmieniało się, co rok to jeszcze gorzej i doszło aż do dzisiaj.

Krystyna Chojnacka: Kiedyś się szanowali wszystkie. Romowie jak się spotkali, Boże kochany, radość była. Płakali jeden na drugiego. A teraz tak się porobiło, u nas nie ma jedności. Nigdzie już teraz nie ma. U Polaków, u Romów…

Jan Chojnacki: Na całym świecie.

Krystyna Chojnacka: Ja to się nie mogę z tym pogodzić, bo 81 lat z mężem mamy. Nie mogę się pogodzić co się porobiło, że taki jest brud na tej ziemi. To jest nie do pomyślenia. Kiedyś porządni ludzie byli. Dziewczyny młode porządne były, u Polaków tak samo, a teraz koniec. Wszystko się zło porobiło. Co zrobić, nic się na to nie poradzi.

USTRZEC PRZED ZAPOMNIENIEM



Projekt dofinansowany przez Fundację im. Róży Luksemburg