Małgorzata Prusak

123456789101112
Metryczka Małgorzata Prusak

Urodzona w Sromowcach Niżnych 28.04.1938 r.

Romka z grupy Romów Karpackich zwanych Bergitka Roma

Miejsce zamieszkania – Sromowce Niżne, Kacwin, Nowa Huta.

  1. Pierwsza Romka w Nowej Hucie, która skończyła liceum. Była kierownikiem biura, odznaczona medalami za wieloletnia pracę, była przewodniczącą komisji przy wyborach w latach 90.
  2. Narratorka bardzo często przeskakuje do Kacwina, na początku trudno się zorientować czy mówi o Kacwinie czy o Sromowcach
  3. W 10 minucie narratorka pokazała jak siedzieli w baraku. Skuliła ramiona opuszczając je w dół, głowę pochyliła w dół spuszczając oczy i smutny wyraz twarzy.
  4. O czasie wojny nie mówi za wiele. Przechodzi na inny temat. Nie za wiele pamięta, była dzieckiem. Nie mniej jednak opowiada. Chętnie wspomina czas młodości w Kacwinie i Nowej Hucie. Zwraca uwagę, że wraz z starszymi ginie pamięć o czasie wojny. Opowiada o relacjach sąsiedzkich, przyjacielskich z Gadziami. Np. jak sąsiedzi pomagali zbudować jej rodzinie dom, który został przez Niemców spalony.

Nazywam się Małgorzata Prusak z domu Mirga. Urodziłam się 28.04.1938 r. w Sromowcach Niżnych i stamtąd Niemcy nas zabrali. Ja miałam może 5-6 lat, już nawet nie pamiętam. Trochę pamiętam, byliśmy w Nowym Targu w Lesie, tam mój ojciec pracował przy wyrębie drzewa, a mama pracowała w kuchni niemieckiej, sprzątała, myła garnki, nic innego jej nie dawali. Czasem nam przynosiła nam chleb stamtąd jak byliśmy głodni. Byliśmy tam z rok czasu jak nie więcej.  Jak wojna zaczynała się kończyć to Niemcy uciekali, palili dokumenty, wszystko. Dlatego nie mamy dokumentów, że byliśmy tam. Jak wróciliśmy do Sromowiec mieliśmy spalony dom i ludzie nam odbudowali dom. Ojciec może miesiąc, dwa żył. Ludzie nam bardzo pomagali, jedzenie przynosili, mama przy wykopkach pracowała u ludzi. Dostawała ziemniaki, jak zabili świnie to i mięsa przynieśli dla nas. Bardzo moją mamę lubili w Sromowcach. Później mama sprzedała ten dom, jak tata zmarł i wróciła do swojej matki do Kacwina. Mama była z Kacwina a tata ze Sromowców. Babcia i dziadek byli Węgrami, węgierscy Romowie. Jak się osiedlili? Dziadek z babcią wybudował piękny dom. Taką kulę miała pod ręką (mama), z roboty, bo ona po drabinie wchodziła i dźwigała, podawała mu cegły, a on to budował sam -  ten dom - dziadek. Już mało pamiętam z tych czasów, pamiętam jak ten dom tam stał blisko Jasiów i Janka, bo oni za nami mieszkali. Nasz dom był za babcią. Za babcią kawałeczek mieszkali Janek i Antek. Jakim cudem on mieszkał tutaj w tym samym bloku co mama?

Może było tak, że dowiedzieli się, że budują Hutę i też pojechali Romowie?

Jest to możliwe, ja byłam małym dzieckiem.

Skoro Romowie wyjechali z Kacwina to może i ludzie stamtąd wyjechali?

Myśmy mieszkali najpierw w barakach, jak moja mama nie dała rady chodzić do Czechosłowacji, bo ona handlowała ciuchami, później było zabronione (handlowanie).

Ciociu, pamiętasz jak było w Sromowcach?

Niemcy niektórzy byli dobrzy, przynosili nam ciuszki. Ja pamiętam takie czerwone ciuszki miałam, spódniczkę i bluzkę. Nieraz nawet jedzenie nam przynosili, bo mama w Trzech koronach, w tej knajpie u Niemców pracowała przy grach. Później Niemcy cholera wie co im odbiło, przyjechali i zabrali nas i spalili nam dom. Ja byłam tam na placu, ludzie nas poznali. Stałam na moście, gdzie rzeka płynie. Ludzie w sklepie mnie poznali, w szkole, bo ja tam chodziłam do szkoły w Kacwinie.

Wtedy ze Sromowców wszystkich Romów zabrali?

Tam był tylko jeden dom cygański, nasz. Nie było więcej. Mieszkali z nami Gabory. Oni później za nami przyjechali tu do Huty, zaczęli pracować. Nie było jak teraz, ze trzeba mieć szkołę. Jak miałaś podstawową szkołę to już było coś.

Co jeszcze pamiętasz, ciociu, z czasu wojny?

Pamiętam, że Niemcy nas strasznie gonili. Nieraz nas zabierali żeby drzewo układać. Donosiliśmy, a oni układali… Takie małe dzieci brali do roboty Niemcy w tym obozie za Nowym Targiem. Nawet nie wiem jak się nazywa. Brali do przymusowej pracy. Ojciec się tam zaraził tyfusem. Jak wróciliśmy, nie było leków, zabrali go do Nowego Targu do szpitala i tam umarł. Myśmy ojca już nie widzieli. Pochowali go w Nowym Targu nie wiadomo gdzie, ja tam byłam szukałam grobu ojca, ale nie znalazłam. Nawet ksiądz nie wiedział. Pamiętał mamę, nas jako dzieci, ale nie pamiętał gdzie ojciec pochowany. Pamiętam babcię jak z nami strasznie płakała, jednego syna miała, ojca mojego. W tej Luboczy, mama tam pracowała. Ja przyjechałam z którymś wujkiem do mamy do Luboczy, już mnie nie puściła. Później przyjechała babcia z moim bratem. Tam dość długo żeśmy mieszkali, ludzie w Luboczy nas lubili. Ja tam chodziłam do szkoły. Później nam dali mieszkanie w bloku w 13-tce, chodziłam do szkoły na wsi w Modlinie, skończyłam podstawówkę, później chodziłam do centrum, tam była szkoła, a później do liceum. Pracowałam, wyszłam za mąż, Andrzeja miałam małego, chodziłam na kombinat do pracy żeby mieszkanie dostać i tak dostałam. Często mnie zostawiali, bo umiałam pisać na maszynie, przedtem nie było komputerów tylko maszyna do pisania i mi plik papierów zostawiali jak przychodziłam na nocną zmianę do pracy. Kolega miał klucz do biura, wpuszczał mnie, pokazywał co mam zrobić, które dokumenty przepisać i ja to pisałam i zanosiłam do głównego budynku. Tam rozmawiali o mieszkaniach, że mają dwa i nie mają komu dać. Ja mówię: ja jestem chętna na takie mieszkanie. A ma pani książeczkę mieszkaniową? Na razie nie mam, ale jestem w stanie założyć w spółdzielni. Szybko założyłam, do godziny drugiej miałam dołączyć książeczkę z jakąś kwotą, bardzo małą, bo nie mieliśmy wtedy pieniędzy. Złożyłam dokumenty, przywiozłam na kombinat i oddałam im. Niektóre panie w tych biurowcach mnie znały, bo często dokumenty im tam nosiłam przepisywane. Pracowałam w zakładzie chemicznym, produkowali tam tworzywo i wywozili do innych zakładów. Ja się nauczałam tam nawet dźwigiem jeździć, bo mnie nauczyły te chłopy tam! Bo nie miałam co robić, wychodziłam na dach, książki miałam ze sobą, uczyłam się, albo mnie zabierali „chodź, nauczysz się na dźwigu jeździć”. Bardzo byłam lubiana w zakładzie. Po ukończeniu liceum przyszłam do dzielnicowej rady i miałam wybór pracy jaki chciałam, ale ja wybrałam aktywizację, bo miałam najbliżej, nie musiałam dojeżdżać tramwajem. Pracowałam ponad 20 lat w tej spółdzielni, a później przeszłam do Krakowa. W Krakowie pracowałam więcej jak 12 lat w złomie jako kierownik zaopatrzenia i administracji. Miałam wspaniałego dyrektora, który umarł w czasie mojej pracy. Psuło się, zakłady plajtowały, to już te późniejsze lata 85-te, 90-te. Na emeryturę poszłam w 95 roku i zebrałam wszystkie dokumenty gdzie pracowałam, nawet w zieleńcach sezonowo, tak dorabiałam sobie jak nie chodziłam do szkoły, były wakacje to mnie przyjmowali w zieleńcach, w szklarniach, w kwiatkach.

Romowie wspominają wojnę?

Tak, tak. Młodzi Romowie teraz nie znają tego, bo starzy poumierali. Oni nie wiedzą już o tym. Chyba starsi nie opowiadają jak wojnę przeżyli. Ja ich nie znam (młodych Romów). Młodzi jak mnie spotykają mówią mi „ciociu”, ja się pytam, a czyja ty jesteś córka czy syn, dopiero mi tłumaczą.

Ciociu, twój tata tyfusu nabawił się w obozie?

W obozie. Straciliśmy go po miesiącu, dwóch. Nie wiem czy miał 28 lat, nie miał nawet 30.

(Znów wspomina pracę) Dyrektor, umarł, później przyszedł drugi i mi doradził. Mówi, ile pani ma lat przepracowanych, ja mówię ja już sama nie wiem, głównym zakładem była aktywizacja, ale dodatkowo pracowałam przy wodzie mineralnej, później zamiatałam ulice nawet na kombinacie. Później już miałam średnie wykształcenie i wszędzie mnie chcieli do biura. Dzielnicowy mi szukał stanowiska, ja wybrałam aktywizację, bo najbliżej był, szłam spacerkiem do pracy.

W obozie byli inni Romowie?

Była różnorodność. Byli Węgrzy, Czesi, Romowie.

To nie było getto?

Nie wiem czy to nie było getto, bo oni później uciekali, palili wszystkie dokumenty. Widziałam ten ogień, jak to wszystko płonie, a nas zostawili.

To całe szczęście, że was zostawili, nie rozstrzelali, nie przenieśli gdzieś indziej.

Nie zdążyli tego po prostu zrobić. Niektórych pozabijali, dużo ludzi zginęło w tym obozie. To był taki obóz niemiecki. Były baraki, prycze mięliśmy. Na jednej pryczy spało z 15 dzieci. Siedziały jedno koło drugiego przykryte kocykiem, cichutko.

Zastanawiam się czy inni Romowie też tam byli z okolic.

Tak, było bardzo dużo Romów, tylko nie pamiętam.

Jak mieszkaliście w Kacwinie ludzie opowiadali coś o wojnie? Jak im się żyło?

Bardzo ciężko, nie było pracy, tylko z muzyki żyli, wesela… Chodzili do ludzi, kopali ziemniaki. Pamiętam moja babcia z nami chodziła po grzyby, myśmy to sprzedawali. A babcia moja, mojej mamy matka, umiała naprawiać piece chlebowe i często to robiła ludziom. Zawsze jak były żniwa to przywozili nam ziemniaki, jarzyny wozem konnym. Czasem pół świni, tyle to pamiętam. Zawsze mówili Jankowa na moją babcię. Bardzo ją lubili na wsi. Zawsze jak im się piec zepsuł to ona szła i naprawiała, gliną oblepiała. Później nie chciała pieniędzy tylko jedzenie, to tam, sera, masło, chleb co upiekli dawali babci. Z tego żeśmy się utrzymywali, a mama jeździła do Czechosłowacji sprzedawała pościele, tak dorabiała. Jak już to się skończyło to wróciliśmy do Kacwina, bo babcia tam miała drugi dom, koło mostu. Byłam ciekawa czy jeszcze istnieją te domy. Oni wszystko rozwalili, to gmina na pewno. Wszystko zrównali z ziemią tylko został dom Jaśków.

USTRZEC PRZED ZAPOMNIENIEM



Projekt dofinansowany przez Fundację im. Róży Luksemburg